Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

16 - 25/06/2017

Galeria

OLIVER FRLJIĆ: NIE MAM NARODOWOŚCI
Z Oliverem Frljiciem rozmawia Witold Mrozek

W Chorwacji kojarzysz się nie tyle ze skandalami obyczajowymi, ile z kontrowersyjnymi spektaklami o historii najnowszej.
Sposób mówienia o wojnie lat 90. w Chorwacji nie podlega dyskusji: to wojnie zawdzięczamy nasz piękny kraj, mimo że wielu ludzi zginęło czy doznało traumy. Zespół stresu pourazowego jest straszny i dla żołnierzy, i dla ich rodzin. Ale nie wolno u nas wyobrażać sobie żadnej alternatywy dla tego, co się stało. Mamy w Chorwacji tzw. deklarację o wojnie ojczyźnianej. Bardzo dziwny dokument, który próbuje sankcjonować, co wolno mówić o historii. Wprowadził go w 2003 r. socjaldemokratyczny rząd Ivicy Račana jako ustępstwo na rzecz prawicowej Chorwackiej Wspólnoty Demokratycznej. Ta z kolei, gdy rządzą socjaldemokraci, wyprowadza na ulicę weteranów wojennych. Kiedyś przez 500 dni protestowali pod ministerstwem ds. weteranów, próbując przeprowadzić zamach stanu, mieli butelki z benzyną. Są ponad prawem.

Czy można zostać ukaranym za nieprawomyślne wypowiedzi?
Próbowali postawić mi zarzuty, bo powtarzam, że Chorwacja napadła na Bośnię i Hercegowinę. Jest faktem, że Chorwacja zakładała w Bośni swego rodzaju obozy koncentracyjne dla muzułmanów. Ale gdy to powiesz w Chorwacji, możesz zostać oskarżony.

Z jakiego paragrafu?
Brak szacunku dla „wojny ojczyźnianej”, jak to się oficjalnie nazywa.

Co za to grozi?
Nie tylko sankcje karne. 5 sierpnia 2015 r. minęło 20 lat od operacji „Burza”, w ramach której 100 tys. obywateli chorwackich pochodzenia serbskiego zostało wypędzonych; część z nich zabito, do dziś nie są znane dokładne liczby. Rocznicę tej operacji wojennej celebrowano jako wielkie święto narodowe. W Teatrze Narodowym w Rijece zrobiłem wtedy spektakl Druga wojna, to była parafraza tytułu Drugiej płci Simone de Beauvoir. Zaprosiłem pięć kobiet różnych narodowości, by opowiedziały własną historię tej operacji. Media, nie tylko prawicowe, lecz także te mainstreamowe, przeprowadziły na mnie lincz. Ponad 200 osób próbowało wtargnąć do teatru w trakcie przedstawienia. Byli wśród nich weterani wojenni i kibice. Później blokowali wyjście przez ponad trzy godziny, ostatecznie policja zapewniła nam kordon ochronny.

O czym opowiadały te kobiety?
Jednej chorwackie wojsko zabiło męża, a ciało wrzuciło do rzeki. Inna pochodziła z serbskiej wioski, była świadkiem w procesie haskim przeciwko serbskiemu zbrodniarzowi. Jeszcze innej zabito ojca, w czasie wojny prawie zmarła z głodu. Większość społeczeństwa przyjęła jednak opowieść, w której Chorwaci są wyłącznie ofiarami.

Przy Aleksandrze Zec też były takie protesty? To historia serbskiej 12-latki zamordowanej wraz z rodziną przez chorwacką policję w 1991 r.
Też był medialny lincz, ale mniejszy. Większość mediów nie może zrozumieć, że nie dzielę ofiar według narodowego klucza.

Gdy dostałeś za ten spektakl nagrodę w Belgradzie, odebrano to jako zdradę narodową?
Tak. Na nagrody patrzę z dystansem. Wcześniej na tym samym festiwalu BITEF nagrodzono mojego Zorana Dzindzicia o zamordowanym serbskim premierze. Co prawda jury jest zawsze międzynarodowe, ale po wygranej Aleksandry Zec chorwackie media pisały, że dostałem nagrodę od Serbów za plucie na Chorwację. Z kolei serbskie media nagrodę dla Zorana Dzindzicia nazwały elementem międzynarodowego spisku przeciwko Serbii. Schizofreniczna sytuacja, nikt nie patrzy na moje spektakle z perspektywy artystycznej.

Chyba nie chciałbyś, żeby patrzeć na twoją pracę jak na sztukę dla sztuki?
Nie, ale dyskwalifikuje się moją sztukę, wpisując ją w narodowe konflikty. A wystarczą dwa gramy mózgu, by zobaczyć, że zajmuję się problemami społeczeństw ponad podziałami narodowymi.

Uważasz się za Chorwata?
Nie. Mówię po serbsko-chorwacku i nie mam narodowości. To w dzisiejszej Chorwacji niewyobrażalne. A jeszcze bardziej niewyobrażalne było to, by dyrektorem jednej z chorwackich narodowych scen została „anarodowa” osoba, która uważa, że mówi po serbsko-chorwacku, a nie po chorwacku.

Wolno mówić, że to serbsko-chorwacki, a nie chorwacki czy serbski?
Można, ale ryzykujesz, że ktoś cię pobije na ulicy.

Naprawdę uważasz, że można żyć bez narodowości?
Należę do tych wspólnot, które wybieram. A nie do tych wyznaczonych tym, że mówię jakimś językiem albo urodziłem się w Bośni. Buduję tożsamość przez swoją pracę. Jestem ojcem, reżyserem, osobą zmagającą się z depresją. Płacę podatki w Chorwacji. Nie poczuwam się do narodowej tożsamości, ale płacę je dla wspólnego dobra, na edukację czy opiekę zdrowotną.

Czym jest dla ciebie Jugosławia?
Ideą, która nie została do końca zrealizowana. Zmarnowaną szansą, by narody południowosłowiańskie i klasa robotnicza stały się autentycznym podmiotem politycznym. Widzę Jugosławię bardziej jako ideę emancypacji niż jej rzeczywistą realizację. To, że od 26 lat w Chorwacji wciąż istnieje nieoficjalny zakaz pozytywnego mówienia o Jugosławii, dużo mówi o mocy tej idei.

Za to w Serbii mówi się chyba częściej pozytywnie?
Są tam różne dyskursy, ale raczej o „pierwszej”, unitarnej i scentralizowanej przedwojennej Jugosławii, pod serbskim królem i ze stolicą w Belgradzie. Nie czuję też nostalgii do „drugiej” Jugosławii, do każdego państwa mam dystans. Ale faktem jest, że w Jugosławii był wyższy standard życiowy, sprawna darmowa służba zdrowia, samorząd pracowniczy.

Były też rządy jednej partii.
Tak, ale nie uważam, że dzisiejsza demokracja kogokolwiek reprezentuje. Demokracja nie może zaistnieć bez obywateli z politycznymi kompetencjami. Polityczny analfabeta nie jest w stanie podjąć dobrego wyboru politycznego.

Głosujesz?
Nie. Mam problem z demokracją. Dziś np. w Stanach Zjednoczonych z demokratycznym mandatem próbuje się zinstytucjonalizować jakiś rodzaj apartheidu.

Większość Amerykanów głosowała na Hillary Clinton.
Zgodnie z ich prawem wyborczym wygrał Trump. Zresztą – większość Turków głosuje na Erdoğana, a pewnie zaraz większość Francuzów wybierze Marine Le Pen.

Ale gdyby Clinton dostała więcej głosów, nie byłoby choćby prób wprowadzenia zakazu wjazdu dla obywateli siedmiu państw muzułmańskich, który nazywasz apartheidem.
Hillary kontynuowałaby agresywną, interwencjonistyczną politykę USA. Tak samo jak dawne kraje kolonialne, które kontynuują swoje interesy, tworząc pożywkę dla terrorystów. A cCzy w Jugosławii było lepiej z systemem jednopartyjnym, gdy ludzie czuli się bezpiecznie? W chorwackiej demokracji parlamentarnej włamano się do mieszkania mojego i mojej dziewczyny, opluwano mnie, atakowano na ulicy Rijeki czy Zagrzebia.

Demokratyczne instytucje nie należą dziś do całego społeczeństwa. Tak jest np. z teatrem. Tylko mały procent chodzi do teatru, wielu nie rozumie jego języka – np. robotnicy. Gdy próbuję to zmienić, uczynić go bardziej zrozumiałym, dyskwalifikuje się mój teatr jako nie dość artystyczny.

Wywiad ukazał się pod tytułem Pracowniku, wkurz się!: „Gazeta Wyborcza” nr 40, 17 lutego 2017.

Cały tekst na stronie wyborcza.pl